Teodor Axentowicz "Młodość i starość"
Dziękuję wszystkim za odwiedziny, za pozostawione tu komentarze i życzenia świąteczne.
Moje wpisy są ostanio rzadsze, bowiem jesienno zimowy czas prędzej upływa, a ja - wraz z mijającymi miesiącami życia - pracuję na zwolnionych obrotach.
Właśnie niedawno zorientowałem się, że czynność, którą wykonywałem jeszcze kilka lat temu w przeciągu pięciu minut, teraz zajmuje mi ich piętnaście. Kiedyś tłumaczyłem sobie przyśpieszenie upływu czasu wymyśloną teorią "spirali czasu".
Wyobraźmy sobie koło z narysowaną spiralą, której jeden koniec znajduje się na krawędzi, drugi zaś w centrum. Centrum to punkt wyznaczający moment naszej śmierci, a cała spirala symbolizuje czas naszego życia. Rodząc się, znajdujemy się na jej początku, na krawędzi koła . W miarę kręcenia się koła, powoli przesuwamy się ku jego centrum po tej właśnie spiralnej linii, stanowiąc jednocześnie zewnętrzną granicę promienia koła. Jak zauważymy, w miarę zbliżania się do centrum, promień koła naszego życia bedzie się zmniejszał , ale obrót nasz będzie się wydawał szybszy. Czy tak jest naprawdę? Do niedawna tak mi się wydawało.
Od czasu, gdy przeszedłem na emeryturę i zaczęły mi wypadać z ręki różne przedmioty, gdy musiałem schylać się po nie, albo - gdy zastanawiałem się nad kolejną czynnością, zrozumiałem, że tajemnica upływu czasu jest inna : po prostu, starzeję się i wolniej wykonuję wszystko, ręce nie są już tak zgrabne, umysł też nie taki sprawny jak niegdyś. Gdy patrzę w lustro, widzę człowieka już nieco znużonego ( paradoksalnie - korzystniej wyglądam wieczorem niż rankiem) i zastanawiam się, czy ten facet po drugiej stronie to ja, czy też ktoś inny. Jednak ruchy są moje, dziurka w brodzie - jeden z mych atutów i znaków rozpoznawczych - również moja , łysina, którą zdążyłem polubić, także należy do mnie. Zatem , choć ten facet trochę postarzał się fizycznie, to jestem nim na pewno ja - z tym samym uśmiechem szerokim i duchem młodzieńczym, który jednak nie starzeje się.

Jak czasem pozory mylą... Czując się wewnętrznie młodym, stanąłem w wypełnionym wiernymi kościele. Nie szukałem wolnego miejsca, bowiem zbiłem w lecie trochę wagi i stanie podczas Mszy św. nie było przykre dla moich nóg oraz kręgosłupa. Zresztą, i tak bym długo nie siedział, gdybym zauważył stojącą niedaleko kobietę, nawet młodszą od siebie. Tak zostałem wychowany od dziecka. Czasem, ustępując miejsca kobiecie, zawstydzałem mimowolnie młodych "samczyków" rozsiadających się wygodnie na krzesłach.
Otóż, jakie było moje zaskoczenie i zażenowanie jednocześnie, gdy poczułem lekkie pociagnięcie za rękaw. To kilkanaście lat (zapewne) młodsza ode mnie kobieta zaprosiła mnie do ławki na swoje miejsce . Na nic zdało się moje tłumaczenie : "dziekuję bardzo, dobrze sie czuję, niech pani siedzi, ja postoję" - kobieta owa usiąść już nie chciała i z ciepłym uśmiechem na twarzy, zdecydowanie wskazała mi moje miejsce. Musiałem usiąść, choć nieswojo się czułem. I wówczas uświadomiłem sobie, że rzeczywiście muszę wygladać już staro w oczach bliźnich, zatem muszę też zachowywać sie poważniej, jak na staruszka przystało.
(Fotografie z zasobów Google)