Popularne posty

piątek, 1 kwietnia 2016



                       Rozdział  8              


                        BÓG SIĘ RODZI

 
   Jacek Malczewski -Wigilia  na Syberii                 

     Wreszcie dotarło do naszej świadomości, że już nikt z naszych „wybawicieli” nie przyjedzie. Zwykle pojawiali się ok. 8.30, ale tym razem, od strony komendantury nikt nie nadchodził. Postanowiliśmy więc przygotować się do wigilii w celi.

     Zobaczyłem z okna, że spacerujący koledzy z innych cel dyskretnie podnoszą spod śniegu i chowają pod kurtki gałązki jedliny, którymi przykryte były różane krzewy na rabatach wzdłuż spacernika. Martwiłem się, że nim my wyjdziemy na spacer, to już nic nie zostanie, ale jednak udało się jeszcze parę gałązek wyszperać spod śniegu. Zauważył to pilnujący nas klawisz.

     - Jak tak będziecie brać, to te róże nie przetrzymają zimy – zwrócił uwagę, kiedy przechodziliśmy obok.- A, zresztą, to nie moje.

     - Trzeba jakoś podtrzymać tradycję, panie sierżancie! – Odpowiedział Henio Cząstka – współtwórca i działacz „Solidarności” Rolników Indywidualnych, mający szczególny dar nawiązywania bezpośrednich kontaktów z każdym, niezależnie od jego funkcji, stanowiska czy szarży. On to najwięcej kombinował i stawał się posiadaczem dodatkowych koszul, czapki więziennej, butów i wszelkich rzeczy, zakazanych przez władze obozowe. Jego operatywność, połączona z tupetem, była nam bardzo przydatna w tym momencie.

      W celi włożyliśmy tych kilka związanych gałązek jedliny do słoika z wodą i przybraliśmy prowizorycznymi ozdobami, naprędce zrobionymi ze stanioli po czekoladzie – jakieś gwiazdeczki, księżyce. Małe, wielkości wiśni kulki ze zwiniętej stanioli miały zastąpić bańki; kolorowa włóczka  wysupłana z szalika – włos anielski. Może nie było to imponujące „drzewko”, ale pachniało świątecznie. Zajęci przygotowaniami, na moment zapomnieliśmy o naszej rzeczywistości.

         Przygotowaliśmy też stół, nakryty - zdobytym chyba przez Henia -prześcieradłem. Znalazły się również opłatki na talerzyku, dostarczone przez siostry zakonne. Kochane siostrzyczki! Wśród masy swoich obowiązków, pomyślały także o nas. Z pewnością ogarniały nas w tym momencie szczególną modlitwą.

        Za oknem już było ciemno. „Wszystko” przygotowane było do wieczerzy, brakowało tylko … Zamiast radości, ogarnął nas smutek. Ucichły wszelkie rozmowy, każdy siedział na swojej pryczy, bijąc się z własnymi myślami. Nadzieja, że przed Świętami wyjdziemy na wolność, teraz ostatecznie rozwiała się. Staliśmy, a właściwie siedzieliśmy wobec smutnej rzeczywistości.

       Tę przygnębiającą ciszę przerwało znane już nam szuranie pojemników z kolacją, otwieranie i zamykanie poszczególnych cel. Wreszcie i u nas usłyszeliśmy zgrzyt klucza, odsuwanego rygla. W drzwiach stanął klawisz.

       - Panowie, proszę tym razem miski! - zakomunikował uroczyście.

        W ten wieczór na kolację był czerwony, czysty barszcz, tyle, że nie z uszkami i nie taki czerwony. Raczej brunatny, z kawałkami buraków, bez specjalnego smaku – ot, taka jucha. Rolę uszek zastąpić nam miał tradycyjnie rozdzielony chleb z margaryną. Ale, czego mogliśmy się więcej spodziewać? I tak dobrze, że w jakiś sposób próbowano stworzyć nam namiastkę świątecznej wieczerzy.

      Naszą nietypową kolację wigilijną rozpoczęliśmy od wspólnej modlitwy, którą poprowadził jeden z najstarszych mieszkańców naszej celi. Modliliśmy się za nasze rodziny, za poległych górników „Wujka”, za Ojczyznę, Ojca Świętego, za nas samych. Potem dzielenie się opłatkiem i życzenia.

     Nie wiem, kto zaczął, ale w tym właśnie momencie rozległ się czyjś szloch. I nagle… coś pękło w nas wszystkich. Ilu nas było – 15 mężczyzn, tak tylu rozwyło się jak małe dzieci. To nie był już szloch. To było głośne łkanie, przechodzące w zawodzenie, w wycie. Nikt nikogo nie wstydził się, nikt nie krył prawdziwie rzęsistych i słonych łez. „Barszcz” stygł, a my - każdy w swoim „kąciku”- przeżywaliśmy w głębokiej rozpaczy to Boże Narodzenie.

     Wreszcie ktoś zaintonował łamiącym się jeszcze głosem kolędę „Wśród nocnej ciszy”  i tak, śpiewając przez łzy, doszliśmy do jako takiej formy. Chłodnego „barszczu” nikt nie wylał do kibla. Zjedliśmy go, przegryzając chlebem. Ktoś wyciągnął z szafki przysłaną z domu czekoladę, więc było też i odrobinę słodkości. W innych celach również rozbrzmiewały kolędy.

      Wszedł klawisz - elegancki, z wąsem. Cieszył się wśród nas dobrą opinią. Zawsze uprzejmy, troszczył się o nasze potrzeby. Miał na imię Zbyszek. Podzieliliśmy się z nim opłatkiem, złożyliśmy życzenia. On, nieco zaskoczony, pożyczył nam, byśmy jak najprędzej spotkali się z rodzinami w naszych domach. Mówił, że o mało sam się nie rozpłakał, gdy usłyszał nasz płacz i nie wiedział, czy wejść, czy też nie. Zdecydował się wejść dopiero wtedy, gdy zaczęliśmy kolędowanie.

     Tego wieczoru nie wystawialiśmy już taboretów z odzieżą na korytarz. To były takie dary dla nas od Bożego Dzieciątka: i te pamiętające o nas siostrzyczki, i wigilijny „barszcz”, i ten życzliwy nam Zbyszek, który dla nas złamał więzienny regulamin.

    

25 komentarzy:

  1. Tomku.
    Najbardziej podoba mi się opis tego szlochu wspólnego. Nawet trudno mi to sobie wyobrazić. Jestem wzruszony. bardzo dobrze opisujesz te czasy bez zbędnej egzaltacji. Mnie to nie dane było tego przeżyć. Pisałem Ci już.
    Pozdrawiam Ciebie serdecznie DOBRY CZŁOWIEKU.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Wojtku! Mężczyźni płaczą rzadko, to prawda, ale są sytuacje usprawiedliwiające ich łzy. Wtedy taka właśnie była. Pozdrawiam

      Usuń
  2. Witaj Tomku.
    Czym jest wigilia w więzienie wie tylko ten, kto ja przeżył. Swoją pamiętam doskonale: "Na wigilię był tradycyjny czerwony barszcz, pierogi z kapustą i kawałek pieczonego dorsza. Wcześniej przynieśliśmy z lasu kilka choinek, aby tradycji stało się zadość. Największą postawiliśmy w świetlicy, a mniejsze znalazły swoje miejsce w pokojach. Gdy usiedliśmy za stołem i odśpiewaliśmy „Cichą Noc” wielu z nas miało łzy w oczach, a szczególnie ci, którzy spędzali w więzieniu swoje pierwsze święta. Chyba te wstydliwe i nieporadnie skrywane łzy spowodowały, że złe emocje odchodziły razem z nimi. Wtedy kolejny raz zrozumiałem, że na takie podniosłe chwile nie było mocnych i najwięksi nawet twardziele po cichu uronili niejedną łezkę". To moja pierwsza wigilia w 1971 r. w OZ Olchowiec. Już po wyroku za Grudzień 1970. Faktem jest, że stół był bogaty, bo mieliśmy już paczki z domu.
    "Nawet klawisze przy wieczornym apelu, który wyjątkowo odbył się przed kolacją złożyli nam życzenia. Im się również udzielił świąteczny nastrój, bo oni też przecież byli samotni i z dala od swoich rodzin. Choć golnęli sobie dla kurażu i lepszego samopoczucia, widać było, że alkohol nie przyniósł im ulgi. Mimo wszystko mieli jednak lepiej od swoich kolegów w macierzystych więzieniach, których stawiano w czasie świąt w stan podwyższonej gotowości". (z mojej książki "SKazany na Uherce").
    Jednak atmosfera jest najważniejsza, a nie zastawiony stół.
    Obyśmy Tomku nie musieli już nigdy doświadczyć takich wrażeń. Oby...
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michale, poczytałem sobie ten fragment Twojej książki. Miałeś jeszcze gorzej, bo po wyroku. Myśmy ciągle żyli nadzieją. Mam nadzieję, że nowi "władcy" już nikomu porządnemu takich świąt nie zafundują.Choć, patrząc na poczynania niektórych, korci ich , by połowę co najmniej zamknąć. Pozdrawiam

      Usuń
  3. Tomaszu czytałem nawet dwa razy moment samej wigilii, ten szloch i kolęda która jakoś dodała sił. Myślę że dodała sił i wiary w to że nadzieja jest silniejsza, że się to skończy.
    Z szacunkiem dla ciebie i współwięźniów czytam te twoje pamięci zatrzymane chwile, i chylę przed Wami czoła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Damianie . Ta kolęda to był wybieg, to taki doraźny opatrunek krwawiącej rany. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Witaj Tomku.Wzruszyłam się.Opisałeś ten czas bardzo boleśnie.Są w życiu człowieka takie chwile , że płacze.To były wyjątkowe łzy.Dobrze że w celi było Was więcej.Zagłuszało smutek , tęsknotę .Obojętne co się słyszało..człowiek uświadamiał sobie , że nie jest sam w tym wszystkim.Dobrze że nie zabronili Wam kolęd śpiewać.Mogli się w tym dniu bardziej postarać ..co chodzi o potrawy..Pewnie celowo tak zrobili..polewka z buraka.Tomku bardzo ciekawy byłby film o Tobie .Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj Danusiu, moja historia jest w tym wszystkim epizodyczna. Prawdziwy scenariusz na film powstałby o internowanych Ślązakach. O nich będzie później. Masz racje , bycie w celi razem z grupa różnych ludzi, dawało nam pewien komfort przezywania trudnych momentów . A jak mógł się czuć Lech Wałęsa, będąc sam , w otoczeniu tylko strażników?PozdrawiamT

      Usuń
  5. jak mężczyzna płacze to zwykle są to głębokie łzy ... widziałam łzy w oczach uchodźców, gdy Panież całował ich nogi , myślę że nie tylko mwzruszenie pewnie też tęsknota do swoich, do normalnego żtcia we własnym domu, do wolności ..
    ----------
    niesamowicie przejmująco opisałeś , bez osdobników - prosto w serce ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haniu, ten gest papieża , całkowicie zgodny z przesłaniem Chrystusa, również i mnie wzruszył do łez. Zresztą, nie wstydzę się łez przy innych, szczególnych sytuacjach. Pozdrawiam

      Usuń
  6. Bardzo to wzruszające...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Jolu, również pozdrawiam.

      Usuń
  7. Bardzo ciekawie tu u Pana . Od jakiegoś czasu wpadam tu w cichą gościnę . Dziękuję za podzielenie się z nami przeżyciami z tamtych lat . Dziś przy wspomnieniach ,możemy się nawet pośmiać . Ale wiem , że wtedy łatwo nie było . Ja w tym wojennym świątecznym czasie , wychodziłam za mąż .Uroczystości weselne miały się odbyć w miejscowej remizie strażackiej . W ostatniej chwili urzędowe władze zdecydowały , że regulamin jakiś tam, nie zezwala na tak duże zgrupowania . Możecie zrobić imprezę w domu , co się wtedy w tym domu działo . Wszyscy w wielkim szoku , tylko ojciec panny młodej przytomny :) Wszystkie meble musiały wylądować w stodole w bardzo krótkim czasie . W trakcie trwania imprezy kilka razy nawiedzał nas patrol . Podjeżdżali gazikiem sprawdzić czy
    goście weselni się bawią , czy politykują . Za każdym razem ojciec ich wizyty hojnie wynagradzał i kiedy już mieli dość , dali nam święty spokój . Przepraszam , że pozwoliłam sobie opowiedzieć kawałek mojej historii z tamtego okresu . Pozdrawiam ciepło i serdecznie i czekam na nowe wpisy na blogu .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowa!. To bardzo ciekawa sytuacja z tymi odwiedzinami patrolu milicyjnego podczas wesela, nadaje się jako epizod do filmu o stanie wojennym. Nie masz za co przepraszać, a swoją drogą , tu, na tym forum, na ogół mówimy sobie po imieniu, wiec następnym razem zdradź nam swoje imię. Pozdrawiam i zapraszam.

      Usuń
  8. Wzruszenie łapie za gardło, kiedy czytam te słowa ... nasze święta są jedyne, niepowtarzalne, głęboko przeżywane, wywołują łzy wzruszenia, a co dopiero tam u Was, na wygnaniu, w odosobnieniu, daleko od rodzin ... serdeczne łzy twardych mężczyzn; pozdrawiam, Tomaszu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Marysiu. Były jeszcze takie sytuacje, gdy chciało się płakać, ale raczej ze złości i bezsilności. Tu zadziałała magia tego wieczoru uświęconego tradycją rodzinnego świętowania. pozdrawiam.

      Usuń
  9. Prawdziwie smutne i wzruszające...
    Wigilia z dala od rodziny wielu wyciśnie łzy.
    Wasze Rodziny też odczuwały smutek i ból , że nie możecie być razem. Jedno wielkie koło cierpienia.
    Obraz Malczewskiego doskonale oddaje klimat tej , opisanej przez Ciebie, Tomku, historii.
    Dobranoc - Krystyna

    OdpowiedzUsuń
  10. Krysiu,ten obraz był mi znany jeszcze przed internowaniem i widząc opisywaną a właściwie przeżywając tę sytuację, mimo woli przywołałem go sobie w wyobraźni

    OdpowiedzUsuń
  11. Ladnie to napisales
    Andrzej dolata
    Teraz mieszkam w USA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Andrzej! Po latach wreszcie !!! Dzięki za Twój głos. Pozdrawiam.

      Usuń
  12. milo ze jeszcze sie o tym pisze . Wydrukowalem ten tekst i przekarze to moim synom. Masz swietna pamiec Przypomniales mi nazwiska ktore wypadly z pamieci , imiona pamietalem
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rysiek Buksa pisał na bieżąco w obozie i oddał IPN-owi. U mnie to raczej retrospekcja. Pozdrawiam.

      Usuń
  13. Taka Wigilia była bardzo bliska Nowonarodzonemu...
    Wasze przeżycia już na zawsze w Was pozostaną. Dzięki Tobie Tomku i Kolegom komentującym wiele osób może poznać tamte okrutne czasy.Bo młodzi nie zdają sobie sprawy z tego ile kosztuje wolność.

    OdpowiedzUsuń
  14. TOMKU - OPOZYCJONISTO - ŻYCZENIA Z OKAZJI JUTRZEJSZEGO ŚWIĘTA

    OdpowiedzUsuń